Czy możemy Bogu okazać miłosierdzie?

KONFERENCJA DRUGA

Kilka słów tej ostatniej konferencji o duchu miłosierdzia, ale w trochę w zaskakujący sposób. Mówiąc o miłosierdziu ogólnie, mamy czasem do czynienia z takim podejrzeniem, że sobie sprawy odpuszczamy, albo, że przymykamy oczy, albo że jesteśmy nad wyraz wyrozumiali, tak że sama sprawiedliwość może być zagrożona, że bagatelizujemy powagę ludzkich dramatów. Takie posądzenie może się pojawić, ale w samej istocie miłosierdzia tkwi prawda o pięknie człowieka, o jego godności, o tym, że warto o niego zawalczyć. Z miłosierdziem jest taka paradoksalna rzecz, że im dłużej trzeba pójść, dłuższą drogę przejść do cudzej biedy, czy też razem z ludzką biedą, tym bardziej miłosierdzie doznaje większej miary i można mówić wtedy o wielkim miłosierdziu. Św. Faustyna miała kiedyś takie pragnienie żeby cała prze-mienić się w miłosierdzie, żeby być wcielonym miłosierdziem Boga. To bardzo ciekawe spojrzenie i ona przez to rozumie nie tylko żeby mieć miłosierne serce i świadczyć uczynki miłosierdzia, ale być ze wszystkimi cierpiącymi bliźnimi, żeby nieść ciężar świata, żeby być z tymi, którzy mogą nadużyć jej dobroci. Czasami mamy wątpliwości tego typu: gdy człowiek jest dobry bez granic, widzi, że go ewidentnie wykorzystują; gdy ma owszem dobrą wolę, ale zauważa, że nadużywa się jego dobroci. Ale trzeba się na to zgodzić. W miłosierdziu jest właśnie tak, że człowiek rozdaje dobro i jest hojny, jest jakby niepowstrzymany w swej dobroci. To jest bardzo trudne, heroiczne, ale piękne, piękne wyłożenie prawdy o człowieku.

Chciałbym wam teraz zwrócić uwagę na inny problem. Bo okazujemy miłosierdzie bliźnim, okazujemy miłosierdzie sobie, szafujemy miłosierdziem Bożym, a my kapłani robimy to na przykład w sakramentach. Ale rodzi się pytanie, czy my możemy Bogu okazać miłosierdzie? Czyli pytanie, czy istnieje miłosierdzie zwrócone ku Bogu? Czy człowiek może być miłosiernym względem Boga? I sądzę, że to jest bardzo potrzebny temat przy tym zagadnieniu i duch miłosierdzia tu-taj bardzo mocno może funkcjonować. Trzeba nam odwrócić relację i zobaczyć, czy można mieć serce pełne miłosierdzia dla Boga? I oczywiście są sytuacje, kiedy my możemy to uczynić. Przede wszystkim wtedy kiedy dzielimy zmartwienia i radości naszego Boga, współdziałamy z Nim i można by powiedzieć, chcemy dzielić Jego troskę. Dzielić Jego troskę, to znaczy przejmować się tym, czym przejmuje się mój Bóg. My często zapraszamy Boga do naszego życia w ten sposób: pomóż mi w moich sprawach, bo ja już nie daję rady. A czy mamy taką intuicję, by właśnie rozpoznać Boże sprawy i Bo-ga wspierać w Jego problemach.
Wiemy, już z katechizmu, że najbardziej krzywdzącą po-stawą wobec Boga jest postawa grzesznika. Grzesznik to jest ktoś, kto gardzi Bogiem. I ta pogarda w grzechu jest jedno-znaczna. Ciężki grzech to wyrzucenie Pana Boga ze swojego życia, ze swojego serca. Nie chcę z Bogiem mieć nic wspólne-go, nie jest mi potrzebny. To jest wspólny mianownik dla gniewu, buntu, nienawiści, zwróconych przeciw Niemu. Na-wet jak człowiek udaje pobożnego, że chodzi do kościoła, czuje się w porządku, bo raz na rok przystępuje do sakramentów. Zobaczcie, że często szybko po jednych czy drugich Świętach człowiek znowu wpada w grzechy ciężkie i cały rok żyje w stanie w bez łaski. I mnoży je czasami, a uważa, że to zupełnie wystarczy, jak raz w roku pójdzie do spowiedzi, te dwa, trzy dni w roku Panu Bogu poświęci. Ale taki jegomość po uszy siedzi w grzechach prawie cały rok. Nie można w takich warunkach współpracować z łaską. I to jest taka bezwzględność człowieka, uparte trwanie w grzechu. I to jest grzech przeciwko Duchowi Świętemu, iż mimo że człowiek ma okazję do nawrócenia, może zmienić swoje postępowanie, Bóg daje mu taką szansę, wybija go z rytmu grze-chu, on jednak uporczywie wraca do tego, tak jeszcze się zabarykaduje i nie chce z Bogiem mieć nic wspólnego. Szczególnie u nałogowców to widać: opór wobec wszystkich, którzy chcą im pomóc oraz potrzebę siedzenia po uszy w grze-chu. Tak więc, gdy natrafiamy na ludzki grzech, na wzgardzonego Boga, to jest pierwsza taka sytuacja, kiedy możemy okazać Bogu miłosierdzie. Powiedzieć Mu o swojej miłości i pomnożyć jeszcze swoją miłość za tego człowieka, za tego grzesznika. Muszę Go kochać za siebie i jeszcze za tego grzesznika, którego znam lub którego spotykam. To jest właśnie miłosierdzie okazywane Bogu. Rzeczywiście Bóg najbardziej cierpi patrząc na swoją wzgardzoną miłość. Tyle różnych sytuacji ofiaruje człowiekowi, tyle razy mówi mu o swojej miłości, a człowiek to zostawia, człowiek to lekce-waży, kwestia Boga dla niego nie istnieje. I to jest ten moment kiedy my możemy Bogu okazać miłosierdzie.
Następnie wtedy kiedy mamy udział w zbawianiu dusz. Wielcy święci mają taką potrzebę, aby Bogu pokazać, że za-leży im na zbawieniu innych. Starają się wynagradzać Bogu te krzywdy, które zostały Mu wyrządzone. Mamy tutaj pewną dozę cierpienia, które się wykorzystuje w służbie zbawienia. Podejmuje pewne cierpienie, które przychodzi: coś mnie boli, kręgosłup, nerki, głowa, czy w ogóle boli człowieka życie. Czy cokolwiek dzieje się trudnego, cierpliwie znoszę trudną sytuację i przemieniam to w miłosierdzie dla mojego Pana. Jeszcze wyższą szkołą jazdy jest sytuacja, kiedy to ja chcę mojego Boga pocieszyć. Bóg oczekuje od nas pocieszenia. Trzeba sobie z tego zdać sprawę, mimo że jest tak doskonały i wydawałoby się, że jest samodzielny i nie potrzebuje niczego, jednak wielką radość Mu sprawia jeżeli człowiek przy Nim jest, kiedy chce Go pocieszyć i zastanawia się, co może zrobić, aby pocieszyć swojego Boga? I to jest ten moment kiedy chcę sam, moim życiem pocieszać Pana.
Jeszcze wyższym piętrem w szkole miłosierdzia, wręcz wyjątkowym, jest pozwolenie, by Bóg mógł w nas odpocząć. Zazwyczaj to my szukamy odpoczynku. Człowiek jest zmęczony życiem, obowiązkami, praca czasami na półtora etatu, rodzina, bieganie wokół wielu spraw. Kumulują się problemy i człowiek nie daje rady. Na rzęsach już chodzi, jak to mówimy i szuka odpoczynku w sytuacjach religijnych. Gdzieś pomedytować, wyciszyć się, zostawić ten cały rozgardiasz… To często niemal jedyne rozwiązanie, jedyna potrzeba. Z drugiej strony mówimy o wiecznym odpoczynku, dla naszych zmarłych, Kie-dy umierał św. Rafał Kalinowski, odnowiciel życia karmelitańskiego w Polsce na początku XX w., sterany życiem, odchodził z nadzieją: „wreszcie odpocznę”. I wieczny odpoczynek tak mocno jest tutaj wyakcentowany.
Natomiast wyobraźcie sobie, że Bóg też szuka odpoczynku w naszych sercach. Są takie hojne dusze, u nas, między innymi służebnica Boża, Kunegunda Siwiec, karmelitańska tercjarka, która szczególnie rozwinęła swoją teologię, kiedy pozwoliła Bogu odpocząć w sobie. Obraz Boga, który szuka odpoczynku. Jest to bardzo ciekawa zbieżność ze sposobem obecności Ducha Świętego. Duch Święty jest tym, który spoczywa, On spoczął na Chrystusie. To jest taki jego sposób działania: spoczywa. Żeby uczyć się tej mentalności Ducha Świętego, trzeba nam w taki boski sposób spocząć: pozwolić Bogu odpocząć we mnie. To rzecz tragiczna, z której musimy sobie zdać sprawę: że Chrystus jest często bezdomny. Można by powiedzieć, że nasz Bóg jest najbardziej bezdomnym. Ta-kie są dzisiaj serca ludzkie, taka jest Europa, taka współczesność. Zaprosić Boga do życia i być gościnnym dla Niego to jest bardzo piękna rzecz. To jest praktyczna duchowość, kie-dy chcę żeby Bóg zagościł we mnie i żeby się dobrze u mnie czuł. Nam czasami zależy kiedy przychodzi jakiś ekstra gość,żeby go tak podjąć, żeby poczuł się ważny, poświęcamy mu cały czas, wyczuwamy jego potrzeby, na co ma ochotę, tu kawka, może koniaczek, jakieś tam smakołyki, delikatesy. A tutaj przychodzi ktoś najważniejszy. Przychodzi do nas Bóg i również chce być gościnnie przyjęty. I myślę, że całą duchowość można by takim mianownikiem gościnności po-łączyć. Przyjąć mojego Boga, żeby On we mnie odpoczął. Są tacy święci, którzy biorą na siebie cierpienie Chrystusa, żeby On mógł odpocząć od cierpienia. Są tacy święci, którzy biorą troskę Boga na siebie, żeby mógł na chwilę przysnąć, żeby mógł odpocząć, ponieważ ten trud zbawiania jest ciągle i coraz mocniejszy wydaje się. Chciałem więc, moi drodzy, zaproponować wam taką perspektywę, żeby mieć takie ser-ce, w którym może odpocząć mój Bóg. I to jest, wydaje się bardzo daleko idące miłosierdzie, gdzie przyjmuję Boga, ale oczywiście Bóg jakby wynagradza to. Staje się jeszcze bar-dziej hojny, kiedy taką hojność znajduje, wtedy On przyozdabia człowieka jeszcze bardziej swoimi darami. Czasami jest to dar krzyża, no to tak można by powiedzieć, że bardzo trudno przyjmujemy takie trudne dary. Ale dla takich ludzi wprawionych już w życiu duchowym, obecność krzyża to jest coś, co przydaje chwały, co przydaje piękna, tylko oczy-wiście jest to jakby w takim negatywie dane. Ale im więcej mamy krzyża, tym do większej chwały jesteśmy powołani. Na pewno jest taka zasada. I jeżeli człowiek przyjmuje te krzyże, a więc przyjmuje też Boga, przyjmuje Chrystusa ukrzyżowanego, to wtedy miłosierdzie jest o wiele większe u niego i może być szafarzem miłosierdzia w sposób jedno-znaczny, taki pełny. I sądzę, że trzeba nam takiego spojrzenia, które pozwala nam odzyskać tę gościnność, tę reakcję na samotnego Boga, na to, że my jesteśmy wrażliwi na Jego przechodzenie. To św. Augustyn kiedyś tak pięknie powie-dział: najbardziej boję się przechodzącego Boga, ale w tym znaczeniu, że może nie zauważyć, że On przechodzi, że będzie mało czujny, rozproszony innymi sprawami i po prostu wtedy Go nie przyjmie.
Moi drodzy być gościnnym, to jest praktyczna teologia i modlitwy i duchowości wrażliwej na obecność Pana i cała też teologia przyozdobienia człowieka pięknem. Jesteśmy rzeczywiście powołani do tego, żeby mnożyć własne piękno. Człowiek jest najpiękniejszy wtedy kiedy daje, rozdaje siebie, kiedy to miłosierdzie w nim funkcjonuje. Myślę, że war-to, razem z Duchem Świętym zatroszczyć się o taki pomysł, czy też sposób życia, który byłby gościnnością, pocieszaniem Boga i świadczeniem w ten sposób miłosierdzia dla Niego. Myślę, że jest to taki sposób na to, żeby odrodzić siebie, odnowić siebie w takim spojrzeniu na piękno, na wartość człowieka, na naszych bliskich. Bo my często tak patrzymy bardzo szablonowo na naszych bliskich. Tak człowiek się przyzwyczaił, oni tak funkcjonują już w pewnym stylu i spojrzeć na nowo na nich w takim Bożym miłosierdziu, czyli przydając im piękna, pozwolić im zaistnieć inaczej to jest coś, co uczy nas iść drogą miłosierną. To tyle moi drodzy, chciałem tak zaznaczyć ten wymiar miłosierdzia dla Boga. I sądzę, że jest to dla nas takie wielkie wyzwanie, żeby za-walczyć choćby o jeden miłosierny dzień w naszym życiu.
Są takie owady, nazywają się jętki, które przez dwa lata dojrzewają w kokonach, po to żeby przeżyć jeden dzień. One nawet nie mają układu pokarmowego, wylatują z kokonu, rozmnażają się i umierają. Żyją, aby przeżyć jeden jedyny dzień. Bardzo ciekawe, że dojrzewa się tyle czasu, aby prze-żyć pięknie jeden dzień. Myślę, że warto też, tak z punktu widzenia miłosierdzia, przygotować się i przeżyć jeden w pełni miłosierny dzień kiedy będę hojnie szafował Bogu, moim bliźnim, sobie samemu – miłosierdzie. Warto się do takiego dnia przygotować, warto dać z siebie to, co najlepsze, dzielić się pięknem, bo do tego jesteśmy powołani. Także niech miłosierdzie będzie powiązane z „upiększaniem” człowieka, przyozdabianiem go. Często przeżywamy pokusę jego pomniejszania. Ale, jeżeli dbamy o łaskę dla naszych bliźnich, modlimy się za nich, to ich „upiększamy” i to jest takie bardzo potrzebne. Czynić piękniejszym świat, to znaczy przyoblekać łaską stworzenie. Jeżeli o to dbam, jestem miłosierny, działam w zgodzie z Duchem Świętym, który uświęca i upiększa wszystko, bo On jest nosicielem boskiego piękna. I jednocześnie daję to, co najlepsze ludziom, sobie, historii, również Bogu. Niech to „pięknienie” będzie naszym zada-niem, naszą ambicją duchową, aby nie przegapić różnych małych sytuacji, by czynić świat piękniejszym.
My ciągle generujemy taki jednostronny obraz miłosierdzia. Bóg, który jest niepowstrzymanie hojny i dobry może nam okazać miłosierdzie, natomiast my dzięki łasce chrztu świętego mamy udział w Jego darach. Czyli, jeżeli ktoś jest inteligentny duchowo, to może w imieniu Boga szafować Jego dobrocią, czyli rozdawać Jego dobro, nawet Mu je „podkradać”. Stąd ta przypowieść o nieuczciwym zarządcy, co skreśla długi. To właśnie jest to miłosierne działanie: jeżeli ktoś ma dług względem Boga, czyli nagrzeszył, narozrabiał, mnóstwo, a ktoś przychodzi i mu skreśla grzeszny dług, czyli mu zmniejsza winę i karę. Pan powinien się zdenerwować, że ktoś mu uszczupla Jego dobra. Natomiast w tej przypowieści jest zawarta logika miłosierdzia, bo Pan Bóg szuka takich ludzi, którzy by Mu wykradali dobro i dzielili się z innymi. Taki „św. Mikołaj”, który podbierze Panu Bogu i rozdaje ludziom. W XX wieku, jak już wspomniałem, żyła Kunegunda Siwiec, służebnica Boża, tercjarka karmelitańska, jej spowiednik ks. Bronisław Bartkowski prowadził za nią zapiski, bo ona była niepiśmienna. Zostawiła piękne intuicje, które występują również u św. Faustyny. Jak sobie wpiszecie w Internecie: odpoczynek, odpoczywanie to Wam wyskoczy, bo dzisiaj wiele tam można znaleźć. Bóg ukazuje siebie jako tego, który jest wrażliwy na przyjmowanie ze strony ludzi.
I Jemu to sprawia radość. Mam tu kilka ważnych cytatów, jeżeli chodzi o pogłębienie idei tego odpoczynku. Na przy-kład: „Twoje serce jest małym niebem dla mojego Syna, odpoczywa w nim, pocieszaj Go, wynagradzaj i często zwracaj się z prośbą za grzeszników o ich nawrócenie. Albo takie: Obrałem mieszkanie w sercu twoim, aby w nim odpocząć przed grzesznikami, którzy zadają mi okrutne rany”.
Bóg niestety ma – i to jest problem w historii zbawienia – ma za mało dusz, które Go miłują. Natrafia na nieświadomość religijną, lekceważenie Bożych spraw, nawet przez takich mocnych, zdrowych katolików, którzy uważają, że dużo robią dla Pana Boga, ale oni realizują siebie i eksploatują swoją potrzebę działania, a nie Boże plany. Właśnie teraz jest taka sytuacja, kiedy Bóg czuje się samotny, wyrzucany, niechciany. Mówimy o naszym pokoleniu, że jest to pokolenie poaborcyjne, z mentalnością odrzucenia. Ale najbardziej odrzuconym istnieniem, osobą jest dzisiaj Bóg. Jest niechciany. Całe społeczności, Europa mówi Bogu otwarcie „nie”: nie chcemy Ciebie w życiu publicznym, nie chcemy Ciebie w oficjalnych zachowaniach, w hymnach, preambułach, konstytucji i tak dalej. Nie mówiąc już o sekularyzacji i walce z Kościołem. Ale my możemy okazać Bogu miłość i miłosierdzie miłując Go i mówiąc Mu o miłości. Może to nie najlepsze po-równanie, ale czasem takiego skopanego kundla gdzieś spotykamy i jak tylko się zbliża, to ktoś tupnie i krzyczy „uciekaj stąd”. Wydaje się, że Boga do takiej roli spychamy. On żebrze o naszą miłość.
I jeżeli ktoś hojnie Mu miłość okazuje, mówi: „przyjdź do mnie, chcę z Tobą być” to czyni Mu wielką radość. Tu nie trzeba od razu jakiś kadzideł, wielkich uroczystości, zawiadamiać oficjalnych gości, a Pan zawsze przychodzi. Zwyczaj-ne, głębokie przyjęcie, bycie z Nim, jak Maria siadająca u Jego stóp i poważne słuchanie Go. Pan Jezus robił swoje, a ona podziwiała Go zachwycona tym co robi. Możecie dostąpić takiej łaski, by dać Bogu odpocząć w sobie. To się pokrywa z teologią św. Teresy z Avila, że człowiek jest taką twierdzą Boga, wspaniałym, diamentowym pałacem, w którego środku jest tron Boży i na tym tronie zasiada Bóg i rządzi światem. To jest ciekawe, że każdy człowiek ma niebo w sobie. To nie jest tak, że niebo jest „gdzieś tam”. My to wszystko mamy w sobie. Ponieważ w nas jest Bóg to cała rzeczywistość Boża jest w nas i nie trzeba niczego szukać. Nie trzeba nigdzie chodzić, wszystko jest nam dane, tylko, że to jest zasłonięte welonem wiary. I ważny jest ten moment, że my możemy wspierać Boga, ulżyć Mu, wynagradzać krzywdy. W duchowości istnieje bardzo szeroki nurt ekspiacyjny, mentalność wynagradzająca. Wynagradzające pierwsze soboty, różne koronki, to pokazuje że Bóg jest skrzywdzony, a ja chcę to wynagrodzić, To jest piękne. To jest ten kierunek myślenia, a warto pójść tym tropem i sobie to pogłębić. Praca jest nie-duża, te zapiski Kunegundy Siwiec, a odnajdujemy tam całą tę logikę dlaczego Bóg chce odnaleźć odpoczynek w człowieku.